6 listopada 2016

O tym, jak Tim Burton mnie zawiódł















Uwielbiam wyczekiwać na filmowe premiery, które mnie czymś zainteresowały. A to ciekawy zwiastun - albo nowa rola mojego ulubionego aktora. Czasami wybieram się na seans bez większych wymagań, ale niekiedy moje oczekiwania są dość duże - jak wtedy, gdy w grę wchodzi ekranizacja pierwszej części, jednej z moich ulubionych trylogii. 

"Osobliwy dom pani Peregrine" jest filmem, na który oczekiwałam odkąd zostało ujawnione, że prawa do ekranizacji zostały sprzedane. Jak na szpilkach,czekałam na każdą informację, nie mogąc doczekać się pierwszych zdjęć promocyjnych oraz premiery. Przyznam, że po zobaczeniu zapowiedzi filmu, mój entuzjazm trochę ostygł - bałam się,że zamiast osobliwości, wyjdzie kicz. I faktycznie - tak się stało. Zanim jednak zacznę narzekać - przybliżę trochę fabułę i nieliczne plusy...



















Film opowiada o nastolatku imieniem Jacob Portman (Asa Butterfield) Chłopak wychował się na opowiastkach swojego dziadka (Terence Stamp) - który, snuł historię o swojej młodości, spędzonej wśród osobliwych dzieci, mieszkających w domu pani Peregrine (Eva Green). Lata mijają, a Jacob przestał wierzyć w bajki dziadka. Pewnego dnia, Abe Portman umiera w podejrzanych okolicznościach. Przed śmiercią prosi wnuka, by ten odnalazł dom osobliwych dzieci. Jacob wyrusza na tajemniczą wyspę, by odkryć prawdę o przeszłości dziadka...

Zaczynając narzekanie - CO.TO.BYŁO. 

Pierwsze trzydzieści - czterdzieści minut, zapowiadało naprawdę fajny film, dobrze odwzorowujący treść książki. Było osobliwie i interesująco....a potem się skończyło. Bardzo lubię Tim'a Burton'a jako reżysera - jego filmom towarzyszy niesamowity klimat i byłam pewna, że "Osobliwy dom pani Peregrine" zyska na jego wizji. Niestety - z całym szacunkiem, ale tym razem Tim Burton przeholował w drugą stronę. Z minuty na minutę,film robił się coraz bardziej groteskowy i przypominał słabą komedię, niż przygodową historię, pełną osobliwych tajemnic. Miałam wrażenie, że osoby tworzące film nagle stwierdziły, że nie ma sensu trzymać się książki - albo jeszcze lepiej - jakiejkolwiek logiki. Błędy logiczne niestety również miały miejsce i sądzę, że twórcy sami pogubili się podczas kręcenia.



















Nie do końca rozumiem też pewne zmiany, jak to, że moce Emmy i Olive zostały zamienione.  Zamiast ognia, specjalizacją dziewczyny, stało się powietrze. Twórcy dzięki temu mogli sobie pozwolić na dodanie przesłodzonych scen z Emmą i Jacob'em ale czy było warto? Pierwowzór dziewczyny miał w sobie to coś i chociaż zmiana nie wyszła tak źle, to jestem trochę zawiedziona. Jeśli chodzi o dobór aktorów, to tutaj jest całkiem nieźle. Asa Butterfield rewelacyjnie poradził sobie, wcielając się w Portman'a. Dokładnie tak wyobrażałam go sobie podczas lektury. Pani Peregrine to klasa sama w sobie. Osobiście uważam, że mogłaby być starsza, ale i tak jestem pod wrażeniem gry aktorskiej Evy Green - która nawiasem mówiąc, jest przepiękną kobietą. Dziadek Jacob'a też nie był zły - cieszę się, że twórcy zachowali jego polskie korzenie, a moment w którym Terence Stamp zwraca się do Jacob'a "Tygrysku" to jedna z lepszych scen w filmie.

Najgorzej jest z dziećmi i upiorami. Aktorzy dobrani do osobliwców niby nie są źli - ale ich postacie zostały bardzo spłycone. Jedyną osobą, która w miarę dawała radę był Enoch - głównie dlatego, że był dokładnie tak samo denerwujący jak w książce. O upiorach wolałabym nie wspominać - bo tego nie mogę nazwać nawet groteską. Powiem tylko, że nawet Samuel L.Jackson nie był w stanie tego uratować. To było po prostu złe. I kropka.



















Im dalej w las,tym więcej drzew. Im dłużej trwał film, tym bardziej żałowałam, że nie mam popcornu, którym mogłabym rzucać w ekran. Bo naprawdę bym to zrobiła. Okej - pierwszy tom trylogii, nie kończy się w widowiskowy sposób, dlatego rozumiem, że twórcy chcieli zrobić coś,co zostanie w pamięci widzów. Ale błagam - latająca wata cukrowa, kiczowate i tandetne nawiązanie do "Śpiącej Królewny" czy fakt, że bohaterowie doskonale wiedzą jak nawigować statkiem nie sprawiły, że będę miło wspominać ten seans. Nienawidzę, kiedy ktoś nie dokańcza wątków i olewa sprawę, byleby doprowadzić sprawy do końca - i nie mam tutaj na myśli tylko filmów, ale także książki i seriale. W ekranizacji (albo raczej adaptacji) "Osobliwego domu pani Peregrine" z jednej strony zamknęli wszystkie wątki, ale z drugiej - niektóre sprawy kompletnie olali. Ten film prawdopodobnie nie będzie mieć kontynuacji - i szczerze mówiąc, mam taką nadzieję. Przynajmniej, zrobili zupełnie inne zakończenie - dlatego osoby, które nie czytały trzeciej i drugiej części nie będą miały nic zaspoilerowane.



















"Osobliwy dom pani Peregrine" to film na którym bardzo, bardzo się zawiodłam. Groteska, kicz i absurd -  parodia książki Ransom'a Riggs'a. Nawet jeśli spojrzałabym na film jako film, a nie ekranizacje, większej ilości plusów też bym nie znalazła. Film sam w sobie też musi być dobry - a to na pewno takie nie było.


Widzieliście ten film?
Co o nim sądzicie?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach <3
Zaczytanego!
Charlotte

5 komentarzy:

  1. nie widziałam, nie czytałam. ciekawe, czy mnie też zawiedzie, bo chcę sięgnąć po książkę właśnie ze względu na zwiastun (zapowiada świetny film) i Tima Burtona. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja film widziałam i był dobrą rozrywką na niedzielne popołudnie. Trochę żałuję, że przed obejrzeniem nie przeczytałam książki :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety filmu nie miałam okazji zobaczyć. Przeczytałam książkę, która w jakiś sposób mnie oczarowała. Podczas jej czytania miałam ciarki, mimo że jest to zwykła młodzieżówka, jednak wydanie ze zdjęciami itp. zrobiło swoje. Gdy zobaczyłam sam plakat filmu bardzo mocno się zdziwiłam. Dlaczego? Całość wyobrażałam sobie jako opowieść dość mroczną, gdzie będziemy mieć okazję trochę się bać podczas oglądania, natomiast mamy tu do czynienia z kolorową, wesołą krainką, a tak przynajmniej wnioskuję jedyne z plakatu. Mam jednak nadzieję, że niedługo sama się przekonam, czy warto zasiąść przed telewizorem :)


    Pozdrawiam,
    http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2016/11/dusza-cesarza.html

    OdpowiedzUsuń
  4. A mnie się mimo wszystko podobało. Mam pewne zarzuty związane z niespójnością fabuły i tównież nie podoba mi isę zamiana mocy bohaterek, ale ogółem lubię Burtona i tym razem też mi przypadła do gustu jego praca ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie widziałam tego filmu, ale jestem fanką Tima Burtona i chyba będę musiała za jakiś czas zabrać się za ten film. A podobała Ci się książka? Bo może się skuszę.

    Zapraszam na nowy post
    Mój kawałek Internetu

    OdpowiedzUsuń

Drogi miłośniku książek!

Witam Cię na moim blogu :)
Skoro już tu jesteś - zaznacz swoją obecność komentarzem - może masz inne zdanie na temat recenzowanej przeze mnie książki, bądź po prostu chcesz się wypowiedzieć na dany temat, lub o coś zapytać?
Śmiało - nie gryzę ;)